Materialy
Sarmacki savoir vivre
przygotował: Krzysztof Bona
Formy towarzyskie typowe dla obyczajowości tego okresu były bardzo zróżnicowane. W zasadzie nie można mówić o jednym, obowiązującym wszystkich savoir vivre, istniało kilka wzorów, co miało związek z istnieniem szerszego modelu obyczajowego. Występowały znaczne różnice między formami towarzyskimi obowiązującymi w środowisku szlachecko-magnackim, ludowym, żołnierskim itd. Każde z tych środowisk hołdowało swoim własnym regułom dobrego wychowania, znajomość których była wręcz konieczna dla harmonijnego współżycia, świadczyła o przynależności do danej warstwy czy kategorii zawodowej, o kulturze osobistej danej jednostki itd. Z drugiej strony wzory te wzajemnie się przenikały, istniała tendencja do pewnej unifikacji, polegająca w ogólnej zasadzie na przejmowaniu reguł obowiązujących pośród szlachty.
Dystanse i istniejące bariery znajdowały odbicie w obowiązującej tytulaturze. Każdy szlachcic nosił tytuł "urodzony", aczkolwiek w tytulaturze tej istniało zróżnicowanie, oddające podziały wynikające wewnątrz tej klasy. Lubiano jednak podkreślać więź ogólno szlachecką, to charakterystyczne ,,my", kiedy pisano: "my rycerstwo", "my Jaśnie Oświeceni, Jaśnie Wielmożni i urodzeni Ichmość Panowie Bracia". Mieszczan zwano "sławetnymi", chłopów określano jako "pracowitych".
Warstwy plebejskie starały się przejąć i używać tytuły i nazwy panujące wśród szlachty, ewentualnie wśród innych kategorii ludności stojących wyżej pod względem socjalnym. Zamożniejsi chłopi używali w aktach tytułów: "uczciwy", czasem "sławetny", nawet nieraz z dodatkiem pan. Zamożny chłop z Podhala w XVIII wieku pisał o sobie: "sławetny pan Grzegorz Tylko". Były to jednak wyjątki, w zasadzie chłopów określano urzędowo zawsze mianem "pracowitych".
Ludzi traktowano wszędzie według ich stanu; przynależność do niższych warstw narażała na rozmaite przykrości. Za jedno i to samo przekroczenie można było, zależnie od pochodzenia, zostać najwyżej napomnianym, bądź otrzymać chłostę lub być skazanym na areszt. Jędrzej Kitowicz powiada, że na redutach: "Kto hałas zrobił, natychmiast przez oficyjera i żołnierzy był wyrugowany za drzwi; tam się musiał odmaskować, jeżeli był w masce; oficyjer sądził o osobie i podług swego rozsądku z nią postępował. Jeżeli osoba, wyprowadzona za drzwi, uznana była za podłą, kazał wziąść dla wypoczynku po fatydze redutnej do kozy albo też w miejscu kijem wytrzepać plecy. Jeżeli hałaśnik był godny człowiek, oficyjer nie wchodząc w roztrząsanie uczynku tym go tylko ukarał, że go więcej na reduty nie wpuścił". Rozpierający się w pierwszym rzędzie senatorskich foteli magnat Opaliński lekceważąco wyraża się o siedzących na ławach senatorach tzw. drążkowych, że są "niby krogulce".
Urzędnicy magistraccy, członkowie kongregacji kupieckich wyraźnie z góry traktowali przedstawicieli rzemiosł, nie mówiąc już o plebsie. Wszyscy mieszczanie wynosili się z kolei ponad chłopstwo, traktując je jako "chamstwo", "wiejskie prostactwo". Dystans socjalny panujący w dziedzinie obyczajów podkreśla szczególnie mocno osławiona Liber chamorum.
W takiej sytuacji trudno było mówić o istnieniu jednolitych wzorców zachowania. Określenie "pan" w życiu towarzyskim nosiło wszakże rozmaite, nieraz bardzo zawiłe dodatki. Pośród szlachty najczęściej obowiązywał zwrot "mości panie bracie", formę tę stosowano jednakże tylko wobec osób równych sobie.
Do możniejszych od siebie zwracano się "wielmożny panie", "jaśnie wielmożny" itp. Szlachcic piszący do mieszczanina czy nawet stojącego odeń niżej szlachcica tytułował go tylko "panem", "przyjacielem". Zależną od siebie służbę, młodzież, szlachetków zwano lekceważąco "acanami", "asanami".
Pominięcie tytułu "brat" w korespondencji między osobami równymi sobie pod względem socjalnym uważano wręcz za prowokację lub dowód braku elementarnych podstaw wychowania. Znane jest oburzenie pana Paska, kiedy otrzymał list, w którym tytułowano go tylko "panem i przyjacielem". Mieszczanie i chłopi naśladowali szlachtę, dlatego też już w XVII wieku w miastach zaczęto używać tytułów "wasza miłość", "waszmość pan". Tytułomania przeniknęła także do środowiska wiejskiego, próbowali stosować je np. oficjaliści dworscy. Wiadomo, że zwano ich godnie urzędnikami, niektórzy mieli większe aspiracje. Wacław Potocki ironizował:
Co żywo do tytułów, nawet ludzie prości, Kiedy też się
mój dwornik zowie podstarości, Aż przystojną ode mnie
napomniany chłostą, Poznał żem ja w mej wiosce panem
nie starostą.
Tendencja do używania tytułów stale się pogłębiała, szczególnie pośród samej szlachty. W rozmowie czy liście należało każdego uczcić odpowiednim tytułem. Jeśli szlachcic posiadał jakiś urząd, choćby najskromniejszy, należało zawsze to podkreślać. Nawet synów dostojników tytułowało się według urzędu ojców. Mówiło się więc: "jaśnie wielmożny wojewodzie", "wielmożny staroście", "wielmożny cześnikowic" itd. Przestrzegano, by wymieniać też tytuł przynależny z powodu posiadania orderu. Brzmiało to np.: "Jaśnie Wielmożny Mci Panie Chorąży, Kawalerze Orderu św. Stanisława i Kochany Bracie". Tytułomania śmieszyła i wręcz irytowała cudzoziemców. Vautrin zgryźliwie pisał:
"Nie ma państwa w Europie, w którym istniałaby taka ilość tytułów jak w Polsce. Spotyka się dygnitarzy, ale nie widać urzędów, mrowie książąt bez księstw, generałów bez armii, pułkowników bez pułków, kapitanów bez żołnierzy. Istnieje tyle stanowisk nie związanych z żadną funkcją, za to z przymiotnikiem wielki lub tytułem generała, że na każdym kroku spotyka się jakąś wielkość albo przynajmniej generała. Osoba obdarzona jakąkolwiek godnością porzuca rodowe nazwisko, przestaje być dziecięciem swego ojca, staje się natomiast panem generałem, panem wojewodą, kasztelanem, starostą, stolnikiem, sędzią, pisarzem itd. Żona i dzieci przejmują ich tytuły, nie można więc zwracać się do nich po nazwisku, i to do drugiego, trzeciego pokolenia [...]. Zadziwiające jest, że w kraju, gdzie konstytucja gwarantuje równość, każdy usiłuje się za wszelką cenę wyróżnić. W nie mniejsze zdumienie wprawia ilość tytułów honorowych"
Zupełnie inaczej witano ludzi starszych w rodzinie, czy stojących wyżej socjalnie. Tu obowiązywała istotnie głęboka uniżoność, wręcz serwilizm. Chłopi padali dosłownie plackiem u stóp panów, ściskając ich za nogi, czasem klękali przed nimi. Dzieci całowały starszych w rękę, obejmowały za kolana. Nawet szlacheckie dzieci padały plackiem przed wojewodą czy innym dygnitarzem. Ucałowanie ręki magnackiej czy starszego krewnego uchodziło za zaszczyt, wyróżnienie. Biedniejsza szlachta obejmowała możniejszych za kolana, całowała po nogach. Vautrin wydziwiał:
"Mężczyźni równi kondycją całują się wzajemnie w ramię i traktują po bratersku, jeżeli zaś któryś z nich wyżej stoi w hierarchii społecznej, niższy stanem rzuca się do jego nóg, całuje stopy albo podejmuje pod kolana, bądź też pochyla się, zaznaczając tylko ten upokarzający gest i wypowiadając formułkę: Upadam do nóg"
Obowiązujący sposób bycia wymagał nie tylko składania ukłonów i wymawiania słów powitania, przy spotkaniu należało także prawić sobie rozmaite grzeczności, dowiedzieć się o zdrowie spotkanej osoby itp. Przestrzegano tego na terenie całego kraju, pośród wszystkich warstw społecznych. Pamiętnikarz Święcicki pisze, że Mazurzy: "Przy spotkaniu pozdrawiają się grzecznie z wypowiedzeniem wielu komplementów, bo trzeba wiedzieć, że świadczyć sobie godność Mazurzy lubią. I o nic nie jest tak łatwo, jak o zacięte kłótnie, które się wywiązują z powodu najmniejszego uchybienia".
Tego rodzaju zwyczaj istniał także pośród chłopów. Nawet przy przypadkowym spotkaniu, mijając się, należało wymienić kilka zdań, choćby nie posiadały one istotniejszej treści. Sposób wymiany konwencjonalnych grzeczności zależny był od pozycji socjalnej danych osób. Zdaniem cudzoziemców panowie, w ogóle ludzie majętniejsi, dawali zawsze odczuć osobom niższej kondycji swoją rangę, funkcję, swą wyższość. Niższy w hierarchii pierwszy sięgał do czapki, chłopi i służba zdejmowali nakrycia głowy i bez nich stali przed panem. Nieodkłonienie się nakryciem głowy wśród ludzi mniej więcej sobie równych oznaczało wyraźne lekceważenie drugiej osoby, a nawet ciężką obrazę. Znane jest oburzenie Jana III na cesarza Leopolda, który nie uchylił kapelusza, gdy prezentowano mu syna królewskiego - Jakuba. Znamienna też jest anegdotka o Sobieskim, który zmamił cesarza i pierwszy podniósł rękę, lecz nie do czapki, tylko do wąsa!
Trzeba tu dodać, że wobec kobiet obowiązywał specjalny kodeks grzeczności, dotyczyło to szczególnie środowiska szlachecko-magnackiego i wielkomiejskiego.
W rozdziale o pozycji społecznej kobiet pisałem, iż w zasadzie były one dyskryminowane, uzależnione od mężczyzny, co nie przeszkadzało, by w towarzystwie otaczać je galanterią. Szlachcic, który uważał kobiety za istoty niższego rzędu, przewrotne, lekkomyślne, rozwiązłe itd., na zewnątrz musiał kryć się z tymi opiniami, w towarzystwie wymagano od niego bowiem, by otaczał je galanterią. Kawaler zbliżał się do damy zawsze z niskim ukłonem, czapką w ręku i dwornym komplementem. Zdarzało się, że po oświadczynach padał do stóp lub klękał przed swoją wybranką. Panował nawet zwyczaj picia zdrowia dam z ich trzewiczków. Najczęściej wstawiano do nich kielichy, zdarzali się jednak gorliwcy, którzy pili bezpośrednio z atłasowych pantofelków. Uszanowaniem darzono także dojrzałe panie, matrony.
Charakterystyczne dla obyczajowości XVII i XVIII wieku było częste, wzajemne dawanie sobie upominków. Można je było otrzymać z okazji świąt, imienin, a także z powodu powrotu z podróży, przy składaniu wizyty oraz przy innych okazjach. Ówczesny szlachcic musiał szafować, nimi na prawo i lewo, a panowie wręcz prześcigali się w pomysłach, i obdarzaniu się kosztownymi prezentami. Podobnie działo się i w dużych miastach. Zwyczaj ten istniał także pośród chłopów, ale nie był tak szeroko rozpowszechniony. Upominki były kosztowne, często nawet rujnowały. Sytuację ratowała okoliczność, że i samemu można było zostać obdarowanym, tak więc rachunki często się wyrównywały. Obowiązujące wówczas reguły nakazywały także dawanie, mówiąc językiem współczesnym, napiwków. Po dworach rozdawano je przy okazji składania powinszowań, imienin czy świąt. Zwyczaj ten szczególnie przestrzegany był w miastach - należało dawać je służbie, posłańcom, wartownikom, osobom usługującym w gospodach czy założonych pod koniec XVIII wieku restauracjach i kawiarniach. Człowiek nie dający napiwków uchodził za sknerę, osobę bez honoru! Nie sądźmy jednak, że dawano je lekką ręką, bez zastanowienia. Zachowane rachunki szlachty i magnatów świadczą wyraźnie o tym, że nawet drobne sumy dawane posłańcom czy służbie były ściśle odnotowywane, wciągane do domowych rejestrów, ale mimo to każdy dawał napiwki, by uchodzić za osobę należącą do wytwornego towarzystwa. Napiwek dawano często z zaznaczeniem, by otrzymujący go przepił za zdrowie fundatora. W poemacie Korczyńskiego czytamy np.:
I per honor co wtedy miał w drobnej monecie, Rzucił: żołnierze za me zdrowie przepijecie!
Przestrzeganie form towarzyskich uzależnione było od pozycji socjalnej. Pan krociowej fortuny mógł je nawet lekceważyć, bowiem majątek i pozycja pozwalały na tolerowanie nie tylko jego nietaktów, ale i wybryków. Przestrzegania obowiązujących reguł wymagano jednakże od ludzi stojących niżej pod względem socjalnym, ewentualnie posiadających równorzędną pozycję. Panujące u nas zasady towarzyskie pozwalały także na dość swobodne operowanie rozmaitymi klątwami i wymysłami. Aczkolwiek słów takich nie pochwalano, to podchodzono do tego z powszechną tolerancją.
Używano tak wiele klątw i obelżywych wyrażeń, że zdaniem cudzoziemców,
przewyższaliśmy pod tym względem kraje ościenne. Wśród obelżywych epitetów dominowało słowo "kurwa" (określenia tego używano zarówno w stosunku do kobiet, jak i mężczyzn), czasem łagodzono to słowo, zmieniając je na "murwa". Wyzwiska wiążące się ze sferą seksualną przeplatano określeniami używanymi w świecie przestępczym, kobiety lżono np. słowami: wytartus, onaka, bazarnica, zamtuźnica, małpa, suka, burdalicha.
Wobec mężczyzn stosowano m. in. wyzwiska: hultaj, hycel, kat, pootka, szelma, smażygnat, szubienicznik, zębala, zdrajca, złodziej. Wyzwiska umiejętnie potęgowano, mówiąc np.: "hultaj rozpustny", "łgarz wszeteczny", "zdrajca wierutny"; powiadano: "łżesz jak pies", "szczekasz jak suka" itp. Używano także słów wymyślnie wzmocnionych jak np.: "arcybękart", "arcyłotr". Najbardziej obelżywym zwrotem było tak zwane łajanie "od matki". Miało ono kilka stopni.
Najdrastyczniejszym i zdaje się najczęściej używanym zwrotem było: "skurwy synu", nieco złagodzony brzmiał: "a taki synu", najłagodniejsze zaś było określenie: "pogański synu".
Innym charakterystycznym dla polskiego życia towarzyskiego rysem była gościnność, raczenie gości obfitym jadłem i rozmaitymi trunkami. Cechę tę podkreślali już cudzoziemcy, którzy przebywali w Polsce średniowiecznej, a w XVII - XVIII wieku zjawisko to jeszcze się chyba pogłębiło. Swoiście pojęta, często nużąca, rujnująca nieraz gospodarzy gościnność stanowiła wszakże moment typowy dla polskiej obyczajowości, różniła ją od bardziej umiarkowanej gościnności zachodniej. Wyróżniała także Polaków pewna bezpośredniość charakteryzująca polskie środowisko dworskie. Polscy władcy i ich rodziny nie przestrzegali tak ściśle sztywnego ceremoniału, jaki obowiązywał na dworach królów Hiszpanii, Francji, Cesarstwa. Miało to zresztą swoje dawne tradycje. Już podróżnicy i dyplomaci zachodni XIV- XV wieku podkreślali, że polski ceremoniał dworski odznacza się większą bezpośredniością niż zachodni. Na warszawskim dworze "nie mierzono kroków" przy audiencjach udzielanych cudzoziemskim dyplomatom. Królowie nie unikali bezpośrednich kontaktów z tłumem, nie oddzielali się od niego kordonami gwardii. Brali udział w uroczystościach rodzinnych dworzan i faworytów, bywało, że nawet pili na umór nie tylko z dygnitarzami, lecz także z prostymi towarzyszami spod wojskowego znaku. Ta bezpośredniość, ,,ludzkość" monarsza cechowała większość ówczesnych władców. Po pysznym, wyniosłym Zygmuncie III zasiadali na polskim tronie znani z bezpośredniego stosunku do otoczenia Władysław IV i Jan Kazimierz, majestat nie przerażał nikogo w postaci Michała Korybuta, mirem pośród szerokich kół ludności cieszył się Jan III. Cudzoziemcy byli zadziwieni bezpośredniością i uprzejmością ostatniego króla Rzeczypospolitej. Nawet tak wytrawny wojażer jak Casanovą zaskoczony został tymi manierami i pisał, że "było to dla mnie niespodzianką i zauważyłem, że zbyt wielka prostota równie może wyprowadzić z równowagi, jak nadmierna wspaniałość".
Król okazywał np. daleko posuniętą delikatność w towarzyskich kontaktach. Magier pisze: "Miał jeszcze król mały zegarek wielkości guzika przyszyty na rękawie surduta, mając na to wzgląd, aby za częstym dobywaniem zegarka nie okazywał, iż mu w jakim towarzystwie czas wydaje się za długi". Tego rodzaju postawa władców polskich znajdowała żywy aplauz w opinii szerokich kół szlacheckich, wojskowych, nawet mieszczańskich i chłopskich. Tematem podań ludowych, anegdot i facecji szlacheckich stały się wizyty, jakie składał swym poddanym Władysław IV, niefortunne odwiedziny Jana Kazimierza u państwa Sułkowskich, wesela, na których król ten pił i bawił się ochoczo wespół z biesiadnikami.